powrót do strony głównej

Dawno, dawno temu, bo tak trzeba rozpocząć każdą szanującą się opowieść, w czasach kiedy zachodnie samochody występowały na krajowych drogach z taką samą częstotliwością, jak helikoptery na niebie, zapragnąłem posiadać własny samochód. Jeździłem już od kilku lat na motocyklu, miałem za sobą czteroletni okres poruszania się na motorowerze i wcześniejszy etap rowerowy. Od kilku lat posiadałem także samochodowe prawo jazdy, które zdobyłem nawet wcześniej niż motocyklowe.
Każdy młody człowiek owładnięty motoryzacyjną pasją, powinien przejść następującą drogę: rower, motorower, motocykl, samochód osobowy. Pozwala ona stopniowo wypracować odpowiednie nawyki i trafne przewidywać zachowania innych uczestników ruchu. Ja przebyłem właśnie taką drogę. Na rowerze wyćwiczyłem zmysł równowagi i podstawy zasad zachowania się na drodze, co pozwoliło mi łatwiej opanować sztukę jazdy na motorowerze. Kilometry przejechane słabiutkim i powolnym motorowerem, nauczyły trafnej oceny odległości potrzebnej do bezpiecznego omijania i wyprzedzania nieco wolniejszych pojazdów, ostrożności w przewidywaniu zachowań innych kierowców oraz pewnego operowania sprzęgłem, gazem i hamulcem. Na motocyklu mogłem bez dodatkowych stresów, koncentrować się na smakowaniu prędkości. Po przesiadce do samochodu, pozostało jedynie oswojenie z gabarytami dwuśladowego pojazdu i opanowanie manewrów na wstecznym biegu.
To stopniowe wchodzenie w świat motoryzacyjnych tajników, sprawiło, że na pierwszej lekcji kursu samochodowego prawa jazdy, mimo iż nigdy wcześniej samodzielnie nie prowadziłem samochodu, bez najmniejszego szarpnięcia ruszyłem, przejechałem wyznaczony odcinek i zahamowałem bez pisku i zdławienia silnika na biegu. Instruktor nie uwierzył mi, że nigdy wcześniej nie prowadziłem samochodu, a jedynie motorower i tak długo zadręczał pytaniami, tak uporczywie nalegał, abym przyznał się, kiedy i gdzie wcześniej jeździłem autem, że dla świętego spokoju zmieniłem godziny jazd, aby nie spotykać więcej swojego prześladowcy.
Egzamin na samochodowe prawo jazdy zdałem bez kłopotu, później zdobyłem prawo jazdy na motocykl i po kilku tygodniach wertowania motoryzacyjnych ogłoszeń, sprytny handlarz wcisnął mi wyeksploatowaną CZ-kę, która stała się powodem dużych wydatków i zmartwień, a jej renowacja wymagała ogromnego nakładu pracy. Po kilku latach jazdy na motocyklach o pojemności od 125 ccm do 750 ccm, bardzo zatęskniłem do własnego auta. Ponieważ nie mogłem pozwolić sobie na zakup nawet najtańszego sprawnego samochodu, poszukiwałem pojazdów uszkodzonych. Wierzyłem w swoje szczęście, zdolności, upór i umiejętności, no bo jeżeli radziłem sobie z naprawami i remontami motocykli, sądziłem, że poradzę sobie i z samochodem.
W miejscowości Wólka Węglowa, z której często rozpoczynałem wędrówki po Puszczy Kampinoskiej, gdyż kończył tam swój bieg miejski autobus 110, natknąłem się na wspaniałego Jaguara model MK I 3,4 LITRE. To piękne auto urzekało swoją klasyczną, wysmakowaną linią, mimo iż stało przysypane zeschłymi liśćmi, wepchnięte w kąt warsztatowej posesji, a na jego bokach pojawiły się brunatne bruzdy korozji. Niestety negocjacje z właścicielem warsztatu nie dały spodziewanych efektów. Do dziś żałuję, że wówczas nie kupiłem tego Jaguara. Może gdybym miał więcej pieniędzy, gdybym miał trochę więcej samozaparcia?
Trudno, stało się, nie zostałem właścicielem Jaguara, ale miłość do pojazdów tej marki pozostała chyba na zawsze.

Po mniej więcej roku dalszych poszukiwań, wypatrzyłem na warszawskim Bemowie Volkswagena Garbusa 1200 z 1959 roku. Mimo dość porządnego wyglądu, kosztował całkiem tanio, to znaczy tak niesamowicie tanio, że mogłem pomyśleć o kupnie. Nie dysponując jednak odpowiednią kwotą, namówiłem kolegę abyśmy razem zakupili ów pojazd. Plan powiódł się i jeszcze tego samego dnia wieczorem, wyposażony w odpowiednią sumę pieniędzy, oczekiwałem na sprzedającego.
Trzeba przyznać, że tym razem nie chciałem powtórzyć błędów popełnionych przy zakupie CZ-ki, postanowiłem być twardy, mocno zbijać cenę, dokładnie obejrzeć pojazd i nie dać się omamić sprzedającemu. Niestety im dłużej sprzedający opowiadał o Garbusku, im więcej wymieniał wad i niesprawności oraz łatwych sposobów ich usunięcia, tym bardziej chciałem mieć ten samochód. Chciałem wtedy mieć jakikolwiek samochód, a ponieważ jedynie ten wydawał się być dla mnie dostępny cenowo, musiałem go kupić. Jedyne, na co się zdobyłem, to minimalne zbicie ceny, która w obliczu ujawnionych wad, była jednak dość wysoka. Ja na prawdę za wszelką cenę pragnąłem tego samochodu, stałem się więc współwłaścicielem zielonego Volkswagena „Chrabąszcza” („Garbusa”) z oberwanym progiem, przekorodowaną podłogą i maską, nieszczelnym układem hamulcowym, wypadającym trzecim biegiem, niesprawnym rozrusznikiem, uszkodzonymi zamkami i licznymi innymi wadami, których nie wymienię z oszczędności papieru. Samochodzik ten posiadał jednak pewną zaletę. Zapalał z „pychu” bardzo chętnie nawet w największy mróz. Aby maksymalnie ułatwić proces zapalania bez konieczności zwoływania przypadkowych osób, wystrugałem odpowiedni kijek, którym przez otwartą szybę lewych drzwi, naciskałem na pedał sprzęgła, rozpędzając jednocześnie do wymaganej prędkości, auto z włączonym zapłonem i wrzuconym drugim biegiem. Następnie puszczałem pedał sprzęgła i dalej pchałem ciężkie auto, przezwyciężając opór powodowany obracającym się silnikiem. Po chwili silnik zapalał. Wolne obroty w gaźniku ustawiłem tak, że uruchomiony „Chrabąszcz” jechał sam dość powoli. Teraz wystarczyło jedynie dogonić go, otworzyć drzwi i wskoczyć „w biegu”, zanim samodzielnie jadące auto nie wpadnie na jakąś przeszkodę.
W pewien zimowy mroźny dzień, gdy cały świat za oknem, pokryty był równiutką warstwą białego puchu, pomyślałem, że przyszedł już czas na doskonalenie techniki jazdy. Wiele mówiono wówczas o bezpiecznym prowadzeniu samochodu. To był nowy, modny temat. Niedzielne trenowanie poślizgów kontrolowanych na mydlinach pod stadionem Dziesięciolecia i „dobre rady Sobiesława Zasady” powstały mniej więcej w tym czasie.
Na swój własny, prywatny trening wybrałem się na niedawno udostępniony skrawek płyty wojskowego lotniska na Bemowie. Równa warstwa śniegu nie tkniętego samochodowymi kołami, pokrywała całą ogromną, równą połać. Poślizgi kontrolowane udawały się znakomicie i po kilku minutach to, co było nieskazitelnie białe, pokryły gęste wzory pozostawione przez opony mojego Chrabąszcza poruszającego się po śnieżnym dywanie przodem, bokiem, a czasami tyłem. Przy kolejnym ostrym nawrocie, zgasł silnik. Jak tu zapalić na tak śliskiej nawierzchni, która poza tym, że prawie nie gwarantuje przyczepności, to jeszcze stawia opór toczącym się oponom.
Chwilę pomyślałem, rozejrzałem się do koła i nie widząc w zasięgu wzroku, żadnej szansy ratunku, postanowiłem spróbować tradycyjnie, czyli na pych.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce, po której to czynności na okrągłym liczniku mojego autka, z nadzieją zapalały się dwie małe kontrolki, czerwona i zielona, oznaczające, że na razie brak jeszcze i ładowania i ciśnienia oleju, ale być może ten stan wkrótce się zmieni. Następnie włączyłem drugi bieg i opuściłem do samego dołu szybę w lewych drzwiach. Ustawiłem koła do jazdy na wprost i za pomocą kijka wcisnąłem sprzęgło. Trzymając wciśnięte sprzęgło rozpocząłem powolne rozpychanie samochodu, zapierając się prawym ramieniem o ramę szyby i pomagając sobie wolną lewą ręką. Nogi ślizgały się na śniegu, pod którym była cienka warstwa lodu. Auto pokonało pierwsze metry i mimo oporu śniegu, poruszało się coraz szybciej. Biały kłąb wydychanej pary przesłaniał widoczność, nogi plątały się na śliskim podłożu, czułem, że za chwilę przyjdzie kryzys, puściłem sprzęgło. Samochód szarpnął, zapalił i skoczył do przodu, a ja pozbawiony nagle oparcia, runąłem na twarz w miękki śnieg. Szybko wstałem, odkleiłem z oczu śniegową maskę i zobaczyłem oddalający się tył mojego samochodu przemierzającego samotnie płytę lotniska. Czułem potworne zmęczenie, ale nie mogłem pozwolić mojemu Chrabąszczowi na ucieczkę. Podjąłem beznadziejną walkę, potykając się i ślizgając pogoniłem za oddalającym się pojazdem. Po chwili złapałem odpowiedni rytm i dusząca obręcz zmęczenia, zaciskająca się wokół piersi i gardła, zaczęła słabnąć mimo biegu. Po następnej chwili dystans pomiędzy mną i samochodem zaczął maleć. Po kolejnych stu metrach byłem na wysokości tylnego zderzaka. Jeszcze dwadzieścia i lewą ręką złapałem za klamkę, a prawą nogą stanąłem na szerokim podeście progu. Przesunąłem się do przodu i jadąc niczym obstawa na stopniach królewskiej limuzyny, przez otwarte okno skręciłem kierownicą, aby zawrócić. Był już na to najwyższy czas, bo Chrabąszcz niebezpiecznie zbliżył się do granicy płyty lotniska, za którą rozciągał się teren nierówny, piaszczysty i porośnięty krzakami.
Odetchnąłem z ulgą. Teraz już spokojnie otworzyłem drzwi i w biegu zająłem miejsce za kierownicą. Wcisnąłem sprzęgło, wyłączyłem bieg i zatrzymałem auto na luzie. Silnik pracował równo, a z podwójnego wylotu tłumika unosiły się kłęby białych, gorących spalin. Wysiadłem z samochodu i wsparłem się dłońmi o kolana. Próbowałem złapać głębszy oddech, zmęczenie ustępowało powoli. Mimo silnego mrozu, byłem mokry tak, jakbym wyszedł z fińskiej sauny. Pomyślałem „no na dzisiaj dość tego szkolenia, wracam do domu”.
Tak oto rozpocząłem prawdziwą przygodę z dwuśladową motoryzacją. Później jeździłem różnymi samochodami i przeżyłem wiele nieprzewidzianych zdarzeń, ale dzięki dobrym podstawom, właśnie dzięki gruntownemu przećwiczeniu jazdy ze słabymi hamulcami, zacinającym się sprzęgłem, wypadającymi biegami, wiecznie zaparowanymi szybami, słabymi światłami i tysiącem innych utrudnień, zawsze umiałem poradzić sobie w sytuacjach krytycznych, nigdy nie traciłem kontroli nad kierownicą i nie sprawiało mi kłopotu kierowanie najrozmaitszymi pojazdami.
Mimo zasiadania za kierownicami wielu szacownych i rasowych aut, raz nabyty sentyment do Chrabąszcza nigdy nie wyparował. Kilkanaście lat po pierwszych „garbusowych” przygodach, byłem właścicielem kolejnych Volkswagenów. Wśród nich znalazł się model T2 napędzany benzynowym silnikiem 1600 chłodzonym powietrzem. T-dwójkę uważam za jeden z najbardziej udanych samochodów dostawczych, turystycznych i campingowych. Znakomite właściwości jezdne mojego egzemplarza wyposażonego w dość słaby silnik i napęd 2x4, wprawiały w osłupienie posiadaczy poważnych aut terenowych.
Od czasów opisywanych w tych wspomnieniach, minęło ćwierć wieku, a ja w tym czasie miałem na własność ponad 200 różnych aut. Wiele z nich uratowałem od złomowania i doprowadziłem do stanu używalności. Nawet teraz, oprócz zwykłego samochodu użytkowego, mam zawsze w zanadrzu jakiś drugi ciekawy samochodzik.