powrót do strony głównej

Sochaczew to piękne miasto. Są tam ruiny zamku, ładny rynek i muzeum kolei. Sochaczew to niezwykłe miasto, bo stamtąd można odbyć zaczarowaną podróż kolejką wąskotorową, a nieopodal jest Żelazowa Wola ze swoim bajkowym klimatem. Warszawę dzieli od Sochaczewa najdłuższe w Polsce 50 kilometrów. Spróbujcie kiedyś policzyć, ile czasu potrzeba na dojechanie z Warszawy do Sochaczewa, a przekonacie się, że to prawda. Jeżeli komuś uda się dotrzeć tam w godzinę, to znaczy, że całą drogę pędził z prędkością dużo większą niż marne 100 km/h. Co ciekawe, ta pięćdziesiątka dłuży się tylko w jedną stronę, z Sochaczewa do Warszawy przyjeżdża się w normalnym czasie.
Osobiście miasto Sochaczew cenię sobie za to, że transakcje tam zawarte zawsze były bardzo udane. Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie, co sądzę o mieszkańcach tego miasta, to powiem, że są to ludzie uczciwi, rzetelni i szczerzy. Z takimi ludźmi przyjemnie jest prowadzić interesy.

Moje kontakty handlowe z mieszkańcami tego miasta zaczęły się w końcu lat siedemdziesiątych, kiedy to na swoim motorowerze marki Romet, zapędziłem się aż pod Sochaczew, w nadziei okazyjnego nabycia motocykla Zündapp K500 z wózkiem bocznym. Motocykl był naprawdę pięknie utrzymany, ale cóż z tego, jeżeli kosztował znacznie więcej niż mogłem zapłacić.
Po kilku latach, już jako wytrawny motocyklista, posiadacz motocykla CZ 175 Sport i remontowanego właśnie Junaka, postanowiłem niespodziewanie otrzymane pieniądze zainwestować w kolejny jednoślad. W tym celu udałem się do biura ogłoszeń Życia Warszawy na ulicę Poznańską, z zamiarem zamieszczenia stosownego anonsu. W owym czasie nie istniały w Polsce gazety typowo ogłoszeniowe i jeżeli ktoś chciał w Warszawie i okolicach kupić lub sprzedać samochód, motocykl lub szafę trzydrzwiową z lustrem, walił jak w dym do biura ogłoszeń Życia Warszawy.
Po tygodniu ogłoszenie wydrukowano i zacząłem odbierać pierwsze telefony z ofertami sprzedaży. W ciągu kilku dni dowiedziałem się, że mogę zostać właścicielem licznych SHL-ek, WFM-ek, Iż-y i Pannonii, co nie odpowiadało mi ze względów ambicjonalnych oraz jednego AJS-a i dwóch BMW zupełnie nie odpowiadających mi cenowo. Idealnym kompromisem pomiędzy marką i ceną wydawała się oferta sprzedaży Sokoła 600 z 1936 roku, która napłynęła od komendanta Straży Pożarnej z Sochaczewa. Nazwa Sokół, czterosuwowy silnik i zacna pojemność 600 ccm zaspokajały moje ambicje, a cena nieznacznie tylko przewyższająca wartość używanej WFM-ki wydawała się niezbyt obciążająca dla portfela. Dlatego już następnego dnia byłem w Sochaczewie i po krótkich negocjacjach zostałem właścicielem Sokoła.
Kupić łatwo, ale co dalej? Okazało się, że motocykl jest nie na chodzie, ale za to sprzedający dokłada w ramach „części zapasowych” dwa inne rozebrane pojazdy tej samej marki. Powstało pytanie: „jak sprawić aby to wszystko znalazło się w moim żoliborskim garażu?”
Do dyspozycji miałem tylko motocykl CZ 175 nie odznaczający się szczególnie wielką ładownością. Postanowiłem więc wrócić do Warszawy i namówić któregoś z kolegów na przejażdżkę do Sochaczewa i wspólne przyholowanie Sokoła.
Po krótkich poszukiwaniach, udało mi się namówić do udziału w przedsięwzięciu, kolegę, który co prawda nie posiadał jeszcze prawa jazdy, ale mimo to, dość często jeździł na własnym motocyklu. Niestety nikt inny nie chciał mi pomóc. Wszyscy mieli akurat jakieś bardzo ważne zajęcia, których nie mogli odłożyć. Tak więc wyposażeni w znacznej długości sznur od bielizny przewiązany w połowie długości czerwonym podkoszulkiem, wyruszyliśmy na CZ-ce w kierunku Sochaczewa. Po drodze zastanawiałem się, czy aby na pewno dobrym pomysłem jest sadzanie człowieka bez prawa jazdy za kierownicę holowanego Sokoła. Uspokajałem się jednak tym, że przecież i tak on sam nigdzie nie pojedzie, bo przywiązany jest liną do mojej CZ-ki i może jedynie powtarzać moje manewry, a poza tym nie miałem innego wyjścia, nikt inny nie chciał ze mną pojechać.
Wytoczyliśmy na ulicę buraczkowego Sokoła. Dopiero teraz mogłem przyjrzeć się swojemu zakupowi w świetle dnia. Lakier na zbiorniku i błotnikach dawno popękał ze starości, a w niektórych miejscach zaczął nawet odłazić. Elementy chromowane i te, które kiedyś były chromowane, a później pomalowane srebrzanką, wyglądały tak, jakby odbyły długi oceaniczny rejs. Brązowe zacieki korozji podkreślały sędziwy wiek pojazdu.
Przywiązaliśmy linę do trapezowego przedniego zawieszenia Sokoła, a drugi jej koniec do bagażnika CZ-ki i powoli ruszyliśmy w kierunku Warszawy. Już po pokonaniu kilku zakrętów wiedzieliśmy, że lina jest zbyt długa. Skracaliśmy ją chyba dwa razy, zanim wreszcie wyjechaliśmy na dosyć pustą szosę Warszawa – Sochaczew. Nareszcie można było pojechać nieco szybciej.
Szosa umykała w tył, spod kół obu maszyn, a mnie rozpierała duma. Bądź co bądź prowadziłem do własnego garażu, motocykl Sokół 600 – legendę polskiej motoryzacji. Mimo młodego wieku, wiedziałem już to i owo na temat mojego nowego nabytku. Silnik mocowany do ramy za pośrednictwem silentbloków, to rozwiązanie konstrukcyjne nowoczesne jeszcze w latach siedemdziesiątych, a co dopiero w latach trzydziestych. Równie nowatorsko rozwiązano skrzynię biegów stanowiącą osobny zespół zamocowany obrotowo w korpusie silnika. Pozwalało to na regulację luzu łańcucha sprzęgłowego i oszczędzało pracy podczas napraw zespołu napędowego. Słyszałem też co nieco o słynnym wjeździe Sokołami na Kasprowy Wierch, który miał miejsce 17 sierpnia 1939 roku.
Po kilku kilometrach CZ-ka jakby straciła moc. Szybkość z 40 km/h spadła najpierw do 30 km/h, a w końcu do 20 km/h i trzeba było zredukować na dwójkę. Z przerażeniem myślałem, że przeciążyłem i być może uszkodziłem silnik, który niedawno wyremontowałem z takim trudem, ale cóż było robić, musieliśmy jechać dalej. Po kolejnych dwóch kilometrach, gdy maksymalna prędkość holowania sięgała zaledwie 15 km/h, a cylinder CZ-ki stawał się niepokojąco gorący, zobaczyłem w oddali charakterystyczne zabudowania stacji benzynowej. Postanowiłem zatrzymać się tam, zatankować paliwo i pozwolić ostygnąć silnikowi CZ-ki. Wjechaliśmy na stację. Ja zatrzymałem motocykl niemal przy samym krawężniku obok dystrybutora, ale Sokół ciągniony na długim holu, pozostał na środku wjazdu. Chcieliśmy go przepchnąć. Kolega zaparł się i .... nic. Powiedziałem ze zdziwieniem: „No co ty, śniadania nie jadłeś? Podszedłem, spróbowałem i ........ też nic. Motocykl stał jak przyspawany. Okazało się, że zablokowany jest hamulec w tylnym kole. Okładziny hamulcowe wykonane chyba ze strażackiego koca azbestowego, rozgrzały się od tarcia spowodowanego jazdą i zwiększyły swoją objętość, co powodowało dalsze zaciskanie hamulca aż do całkowitego zablokowania, które nastąpiło akurat na stacji benzynowej w Błoniu. Bęben hamulcowy rozgrzał się tak, że spaliła się na nim cała farba. Cóż było robić? We dwóch unieśliśmy do góry tylne koło motocykla i w ten sposób przetoczyliśmy go w pobliże krawężnika. Po piętnastu minutach bęben hamulcowy trochę ostygł. Zastanawiając się cały czas nad sposobem rozwikłania hamulcowego problemu, poszedłem na pobliską pocztę aby zatelefonować do domu. Wszak minęła już ósma wieczorem i zaczęło się powoli ściemniać. Na połączenie z Warszawą czekałem bardzo krótko, około 20 minut. Wówczas o telefonach komórkowych nikt jeszcze nie marzył, a mobilną łączność posiadały jedynie milicyjne radiowozy.
Podczas pobytu na poczcie, przyszło mi do głowy jakieś rozwiązanie. Ponieważ nie mieliśmy przy sobie odpowiednich narzędzi do odkręcenia koła i rozebrania hamulca, w celu zmniejszenia tarcia należało polać bęben olejem.
W latach osiemdziesiątych na każdej stacji benzynowej można było spotkać niebieską metalową szafę, w której znajdował się ręczny lub elektryczny dystrybutor oleju „Lux” oraz zestaw wyskalowanych naczyń i lejków. Wszystko to służyło głównie do sporządzania mieszanki dla dwusuwów. Na tym oleju pracowała też większość silników czterosuwowych.
Zapłaciłem za 0,25 litra oleju „Lux” i bezpośrednio z wyskalowanego naczynka wyposażonego w długą rączkę, zacząłem polewać bęben hamulcowy i piastę koła, mając nadzieję, że przynajmniej trochę dostanie się do środka i wpłynie na zmniejszenie tarcia okładzin hamulcowych. Bęben polany zimnym olejem ostygł całkowicie i koło zaczęło obracać się swobodnie. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed samą Warszawą zauważyłem ponowne oznaki zacierania i zarządziłem kolejny postój. Niestety w pobliżu nie było stacji benzynowej, więc tylko polałem bęben resztką oranżady ze szklanej butelki zamykanej na porcelanowy korek z drucikiem.
W Warszawie wyszło na jaw, że Witek niema doświadczenia w jeździe na holu. Dwukrotnie najechał na luźną linę holowniczą, powodując zablokowanie przedniego koła i zgniecenie noska przedniego błotnika. Za drugim razem lina pękła i trzeba było ją związać.
Około dziesiątej dotarliśmy do boksów motocyklowych na żoliborskich Sadach. Byliśmy tak zmęczeni i szczęśliwi z pomyślnego dotarcia do celu, że nawet nie rozłączyliśmy liny holowniczej. Wstawiliśmy do mojego garażu obydwa motocykle i poszliśmy do domów. Dopiero następnego dnia przy wyprowadzaniu CZ-ki z garażu zorientowałem się, że ciągle jeszcze jest przywiązana do Sokoła.
Po kilku dniach, pojechałem po pozostawione części z kolegą posiadającym znakomity pojazd znany z nieograniczonej wprost ładowności. Był to Fiat 126p w kolorze kawowym, pozbawiony przedniego fotela pasażerskiego i posiadający bagażnik dachowy.
To niewiarygodne, ale jasiowym Fiacikiem, zabraliśmy jednym kursem, dwa rozmontowane Sokoły 600 i jeszcze kilka dodatkowych cylindrów oraz tłoków. Na bagażniku dachowym jechały ramy i błotniki, na półce pod tylnym oknem lampy i drobiazgi elektryczne, pod nogami kierowcy cylindry z tłokami, które przy każdym hamowaniu wtaczały się pod pedał sprzęgła. Ja siedziałem na wałach korbowych i głowicach umieszczonych na tylnej kanapie, a nogi trzymałem na dwóch kompletach kół. Na kolanach miałem przednie zawieszenie wraz z kierownicą, druga kierownica uwierała mnie w żebra. W takich warunkach dojechaliśmy do mojego garażu. Fiacik był tak wypełniony Sokołami, że po otwarciu drzwi, kilka części wypadło na ulicę. Chcąc wysiąść, musiałem najpierw wypchnąć przez otwarte drzwi, przednie zawieszenie, a następnie kilka kół i dopiero mogłem wystawić nogi. Po wyładowaniu wszystkich części, przed garażem powstała całkiem zgrabna sterta.

Zakupiony Sokół oraz wszystkie części nareszcie zostały przetransportowane.
Zawsze interesowały mnie motocykle, ale od czasu zakupu Sokoła, ciekawe motocykle jakoś same zaczęły do mnie napływać. Przez te trzydzieści lat miałem ich naprawdę dużo. W tym czasie prowadziłem warsztat motocyklowy wraz z Jackiem Winiarskim, a obecnie działam samodzielnie, zajmując się głównie renowacją, regeneracją i naprawą części do motocykli i samochodów zabytkowych. W moim garażu jest zawsze kilka ciekawych maszyn.